poniedziałek, 29 września 2014

BIAŁACZKA

Miałam dziś chwilkę czasu więc poczytałam sobie kilka blogów na temat białaczki. Większość z nich pisanych jest przez osoby chore. Pytacie po co dobrowolnie się dobijam czytając takie historie. Nic bardziej mylnego, nie zdołowała mnie treść blogów. Wręcz przeciwnie, niektóre pisane nawet z humorem. Zdołowało mnie co innego - liczba chorych osób, która te blogi pisze. To mi uświadomiło ile osób choruje.
Białaczka w Polsce jest wykrywana u kogoś średnio co godzinę. Nawet nie chcę liczyć ile osób rocznie.
Co godzinę komuś wali się życie. Co godzinę ktoś musi się podnieść i walczyć.
Co ciekawe dzieci chorują dziesięciokrotnie rzadziej niż dorośli (dane DKMS, 2013 ). Jaki z tego wniosek. Każdy z nas może zachorować - nie znasz dnia ani godziny. Matko! A to tylko jedna z setek innych chorób nowotworowych. 

No ale to ma być pozytywny post, dosyć biadolenia. Skupiam się na pozytywach.

Po pierwsze - jest wiele innych, "gorszych", bardziej podstępnych chorób.
Po drugie - szybka reakcja, udało się prawidłowo zdiagnozować i leczyć. TAK. TO SIĘ LECZY.
Ja również na początku byłam przerażona. Słowo "rak", "nowotwór" mnie paraliżował. Zresztą do tej pory mówię "białaczka" to lepiej brzmi. Gdy ktoś mówi "twoje dziecko ma raka". Odpowiadam, "nie, białaczkę". Tak jest łatwiej.
Po trzecie - co jest fantastyczne, dziecko zupełnie inaczej patrzy i przeżywa chorobę niż dorosły.
Fakt, Agatka nie lubi jak mówię o szpitalu, ale jak już mówimy zawsze poruszamy pozytywne aspekty, miłe chwile, których wcale mało nie było. Tak,tak...w szpitalu może być wesoło.

" A pamiętasz jak woziłaś mnie na stojaku i biegałyśmy z kroplówką po korytarzu"
" A pamiętasz jak Pan Michał zrobił sobie okulary z plasteliny - takie same różowe jak moje"
" A pamiętasz jak z Gabi oglądałyśmy Kucyki Pony i się pokłóciłyśmy ale zaraz potem pogodziłyśmy"
" A pamiętasz jak przyjechali kucharze i gotowaliśmy dobre dania a potem jedliśmy ".

Takich "a pamiętasz" jest naprawdę wiele. To pocieszające że w czasie leczenia, wśród leków, kroplówek, badań można znalezć dobre chwile.

Ty też tak masz, pomyśl a na pewno przypomnisz sobie dobre momenty. 
Z dzieckiem jest o tyle łatwiej że do szczęścia wystarczy mama (lub tata :))
Z czasem dziecko będzie pamiętało tylko dobre chwile. A to najważniejsze.


Pamiętaj, białaczka to nie koniec świata. Naprawdę. Każdy kolejny dzień przybliża Cię do zdrowia Twojego dziecka. " Jak po nocy przychodzi dzień, tak po burzy słońce". To prawda!

I tego się trzymaj !!! POWODZENIA :)



sobota, 27 września 2014

CZYM JEST SZCZĘŚCIE ?

Hm...ktoś się zastanawiał? Nie ma jednoznacznej definicji szczęścia. Dla jednych szczęście to trafić szóstkę w totkaMieć duży dom, samochód. Wakacje spędzać w egzotycznych krajach. Ciągle mieć, mieć, mieć. Nic w tym złego.

Dla innych szczęście to rodzina, przyjaciele, znajomi...

Ciężki temat. Niby to wszystko to w jakimś sensie szczęście. Czy szczęście to bardziej mieć czy być? 

Po pobycie w szpitalu, ciężkiej walce o życie i zdrowie dziecka, chyba każdy z nas przewartościował pojęcie szczęścia. Ja z pewnością. Kiedyś przeczytałam bardzo mądre zdanie "zdrowie jest jak powietrze - dopóki jest, nikt go nie zauważa". Moim zdaniem, bardzo mądra ta myśl. Kto przed chorobą o tym myślał? Kto cieszył się z każdego dnia w zdrowiu?  
Często nie dostrzegamy oczywistych faktów, rzeczy które mamy. Czy trzeba coś stracić żeby to docenić.

Ile razy marudziłeś że nuda, że za gorąco, że za zimno, że za dużo pracy. Ciągłe narzekanie na wszystko i wszystkich.
Pamiętam jak przed choroba Agaty narzekałam że nudno tak siedzieć w niedzielę w domu.
A będąc w szpitalu oddałabym wszystko żeby tak ponudzić się w domu. Posiedzieć na kanapie, pogapić się w tv.

Kiedy jesteś w szpitalu uświadamiasz sobie jak wiele straciłeś. Bo tak naprawdę miałeś fajne życie. Problemy jak każdy. Myślisz sobie - dlaczego los jest taki okrutny. Dlaczego zabiera to co najcenniejsze. Tutaj, w szpitalnej sali uświadamiasz sobie co tak naprawdę jest ważne. ZDROWIE, ŻYCIE,MIŁOŚĆ...wartości których nie można kupić. Wartości, które można stracić w jedną chwilę a odzyskać czasami już się nie da.

Czy szczęście to nie " radość istnienia " po prostu. Mam szczęście bo żyję. Mam szczęście bo mam rodzinę która na mnie czeka. Mam szczęście bo mam przyjaciół, którzy pomogą w potrzebie.
Szczęście to dla każdego co innego. Ważne aby nauczyć się cieszyć z małych rzeczy. Tak zwyczajnie.

Moja definicja szczęścia. " Byle być zdrowym- wszystko inne jakoś się ułoży. Doceniać i cieszyć się z drobnych rzeczy ".

PAMIĘTAJ ! Kiedy jesteś szczęśliwy łatwiej pokonasz problemy i osiągniesz zamierzony cel. I tego się trzymaj !

Życzę Wam abyście byli szczęśliwi. Po prostu.


czwartek, 25 września 2014

ZDROWA VEGETA - DA SIĘ? - DA SIĘ!

Zgodnie z obietnicą chcę podzielić się z Tobą przepisem na domową vegetę. Przepis to za dużo powiedziane...to zaledwie kilka warzyw, wysuszonych i zmielonych, ale za to jaki smak i duma z własnej przyprawy.

Zatem do dzieła. Potrzebujemy:

- 4 marchewki
- 3 pietruszki
- mały seler
- średni ziemniak
- mała cebula lub por
- 1/2 pęczka natki pietruszki
- kilka gałązek lubczyku





To są podstawowe składniki. Oczywiście można sobie ułatwić zadanie i kupić gotową mieszankę suszonych warzyw ale ja jednak zachęcam do zrobienia przyprawy od zera. Do podstawowego zestawu można dodać kurkumę - przyprawa będzie żółciutka jak oryginał :)  słodką paprykę oraz inne warzywa czy zioła, które lubimy.
Ta ilość którą podałam idealnie mieści się do suszarki do owoców.

Obrane warzywa należy bardzo cieniutko pokroić. Ja robię to przy pomocy robota kuchennego. Sama nie pokroję tak cienko. Można również użyć obieraczki do warzyw. Następnie rozkładamy warzywa równomiernie i suszymy.
Jeśli nie masz dostępu do suszarki możesz suszyć w piekarniku nagrzanym do 80-100 st.C z uchylonymi drzwiczkami.

Bardzo ważne aby pozbyć się wody z warzyw, inaczej przyprawa spleśnieje.
Kiedy warzywa są już gotowe, łamią się w palcach wówczas mielimy, ale nie za drobno. Możemy użyć blendera, młynka do kawy lub mozdzierza.

Gotową vegetę zamykamy szczelnie w słoiczkach i używamy wedle uznania.

Muszę jednak lojalnie uprzedzić. Na początku ciężko będzie. Jeśli stosowałeś popularną vegetę zawierającą całą tablicę mendelejewa i jesteś uzależniony od glutaminianu sodu wszystko będzie "bez smaku". Ale po jakimś czasie nawet najwięksi glutaminomaniacy docenią naturę :) Wierz mi, bez sztucznych dodatków odkryjesz nowy, lepszy smak potraw.

Celowo nie dodaję soli do przyprawy. Zazwyczaj jest tak, że oprócz vegety dodajemy jeszcze sól. Po co tyle solić. Zamiast dwóch dawek soli dodasz jedną :)

Zatem do pracy :)

środa, 24 września 2014

DLACZEGO MY ?!

No właśnie...dlaczego MY!!!

Ile razy zadawałeś sobie to pytanie będąc na oddziale? Sto razy, dwieście razy, tysiąc...

Ja przez pierwsze kilka tygodni leczenia zastanawiałam się nad tym bez przerwy.
Analizowałam co zrobiłam albo raczej czego zaniechałam że teraz tu jesteśmy. Dlaczego choroba brutalnie wyrwała nas z naszego spokojnego życia. Dlaczego właśnie nas?
Wiele razy z innymi rodzicami zastanawialiśmy się co mamy wspólnego że teraz tu jesteśmy. Oczywiście dochodziliśmy do absurdów, ponieważ nie ma odpowiedzi na to pytanie.
Szkoda marnować energii nad zastanawianiem się nad czymś czego nie można zmienić.
Teraz już wiem. Zachorować może każdy. Bez względu na wiek, pochodzenie, status społeczny.
Radzę spojrzeć na sytuację od drugiej strony. Postaraj się znalezć choć jeden mały pozytyw całej sytuacji. Nawet w najgorszej chorobie i nieszczęściu szukaj światełka w tunelu. To trzyma "przy życiu" i jest motorem napędowym.

Na mnie bardzo pozytywnie wpływały wyleczone dzieci. Kiedy poznawałam nastolatki, które kilkanaście lat temu leczyły się a teraz są zdrowe, mądre i szczęśliwe. Przeszły bardzo długą, trudną drogę ale teraz są ZDROWE. Uwielbiałam z nimi rozmawiać. Dostawałam wówczas skrzydeł. Skoro oni mogli to my również. Czasami były to bardzo trudne przypadki i udało się. Nam też się uda :)

Pozytyw to również fakt że poznałam wielu fantastycznych ludzi, których pewnie nigdy bym nie spotkała. Poznałam wielu fantastycznych rodziców, którzy dodawali mi siły do walki z chorobą. Wielu z nich było bardzo zdeterminowanych, gotowych do wielu poświęceń aby osiągnąć cel - zdrowie dziecka. Ich wola walki nie raz stawiała mnie do pionu kiedy miałam gorsze momenty.
Często dzieci uczyły dorosłych aby się nie poddawać, że to nic takiego. Pewnego razu przyjaciółka Agatki stwierdziła Iż bardzo się cieszy że zachorowała, bo inaczej nie poznała by Agatki. Dzieci mają taki cudownie prosty sposób myślenia.

Na oddziale poznałam fantastyczne osoby z Fundacji "ISKIERKA". Ich energia i pozytywne podejście do życia bardzo mi pomagały. Bardzo wszyscy lubiliśmy kiedy Iskierka przychodziła prowadzić warsztaty z dziećmi. Nie wiem kto bardziej się cieszył - dzieci czy rodzice :)

Wszystkie te "pozytywne" osoby wpływały na moje podejście do choroby, do leczenia. Dzięki nim było trochę łatwiej.

Życzę wszystkim umiejętności pozytywnego podejścia do problemów :)



wtorek, 23 września 2014

NIEZŁY PASZTET CZYLI DOMOWY PASZTET :)

Pasztet - niegdyś król polskich stołów, dziś może trochę zapomniany. Mówię o prawdziwym pasztecie, takim z prawdziwego mięsa. Nie o jakimś dziwnie wyglądającym mazidle, które obok pasztetu to nawet nie leżało.

Wbrew opiniom pasztet wcale nie jest trudny do zrobienie. No może trochę czasochłonny ale na pewno nie trudny. Myślę, że nawet początkujący kucharz sobie poradzi.

Chciałabym podzielić się z Wami bardzo prostym przepisem pewnego kucharza amatora - eksperymentatora. Przyjaciele twierdzą, że powinien się przekwalifikować i gotować zawodowo. Mówię o moim mężu Arturze. Jedyna wada - wszystkie dania są w zasadzie jednorazowe, gdyż mąż gotuje wg. zasady " trochę tego, trochę tamtego i zobaczymy co wyjdzie z tego " :). Każde danie nie do podrobienia, gdyż sam nie pamięta co dodał i w jakich proporcjach. Kiedy zabierał się za pasztet wszystko skrupulatnie zapisywałam i podglądałam - tak na wszelki wypadek. I dobrze zrobiłam bo pasztet PYCHA !!!

PRZEPIS na dwie małe aluminiowe foremki :

- 70 dkg dobrej jakości łopatki
- 30 dkg podgardla
- 2 udka z kurczaka
- 3 wątróbki drobiowe
- duża marchewka, pietruszka, cebula
- czerstwa bułka
- 2 łyżeczki soli, pieprz do smaku, majeranek, vegeta
- liść laurowy, kilka ziaren ziela angielskiego
- 2 jajka
- łyżeczka zmielonego ostropestu :)
- kilka plastrów boczku

Przy robieniu pasztetu najważniejsze jest mięso. Z kiepskiego nie wyjdzie dobry pasztet. Wszystko musi być świeże z dobrego zródła.
Warzywa najlepiej z ekologicznych upraw. Jajka ekologiczne.
Popularną "vegete" robię sama (podam pózniej przepis). Nie stosujemy tej z dodatkiem glutaminianu sodu !!! 
Oczywiście dodaję magiczny składnik - zmielony ostropest :)

Zabieramy się do roboty. Mięso (łopatka, podgardle, kurczaka) wraz z warzywami gotujemy - jak rosół. Zasada jest taka - drób wkładamy do zimnej wody, mięso czerwone do wrzątku aby szybciej się ścięło.Potem dodajemy warzywa oraz liść laurowy i ziele angielskie. Wątróbkę gotujemy osobno aby pasztet nie był gorzki. Wątróbce wystarczy 10-15 min.
Kiedy mięso jest miękkie, kładziemy czerstwą bułkę aby "zebrać" smak rosołu.
Następnie wszystko mielimy trzykrotnie. Wszystko poza cebulą. W przepisach staropolskich wyczytałam kiedyś że cebula dodana do pasztetu powoduje szybsze jego psucie. Nie wiem czy to prawda, ale cebulę pomijam.
Następnie dodajemy dwa jajka i przyprawy. Pasztet robię przede wszystkim z myślą o dzieciach więc nie może być zbyt pikantny. Sól, pieprz, majeranek, domowa "vegeta", ostropest. Wyrabiamy i do foremek.
Foremki najlepiej wyłożyć plastrami boczku aby się nie przypalił. Na wierzchu również dobrze położyć aby się zbyt nie zrumienił.
Pieczemy 1,5 h w 190 st.C

Po upieczeniu tak wygląda :)



Smacznego :)

Aha, jeszcze jedna rada. Nie kroimy ciepłego pasztetu gdyż może się rozpaść. Poza tym pozwólmy mu się "przegryz" 

poniedziałek, 22 września 2014

PRZYJAZŃ

"Tylko prawdziwy przyjaciel słyszy Twój krzyk, gdy milczysz i widzi łzy, gdy się śmiejesz".

 Przyjaciel - prawdziwy skarb. Nie wszyscy mają to szczęście mieć przyjaciela. Ja należę do grona wybrańców, którzy maja taką osobę. Osobę, która jest przy Tobie w ciężkich chwilach.
Jednak nie zawsze przyjaciel może być z Tobą. Dowiadujesz się, że Twoje dziecko jest bardzo chore i w ciągu kilku godzin musisz wyjechać - daleko, bardzo daleko, czasami kilkaset kilometrów od domu - do szpitala.
Trafiasz w obce miejsce, nie ma rodziny, nikogo bliskiego. Jak odnalezć się w nowej sytuacji?

Jest ciężko. Na początku drogi do zdrowia nie wiesz jak to wszystko się potoczy, jak długo będziesz w szpitalu. Setki badań, konsultacji. Wyrwanie z "normalnego życia".

Pamiętaj jednak, nie tylko Ty masz ciężko. Na oddziale jest wiele osób w podobnej sytuacji. Zagubionych, wystraszonych. Nie wiedzą, co dalej.

Ja miałam to szczęście że poznałam wielu cudownych ludzi, którzy pomogli mi przejść przez trudne momenty. Nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg. Wróg, którego trzeba pokonać za wszelką cenę - choroba.
Oczywiście na oddziałach są specjaliści z którymi możesz porozmawiać. Pani/Pan psycholog z pewnością Cię wysłucha, udzieli rady. Jednak nie zawsze masz na to ochotę. Czasami chcesz się po prostu wygadać. Najlepszym powiernikiem jest zaprzyjażniony rodzić. Nikt Cię lepiej nie zrozumie niż druga osoba w podobnej sytuacji.

Jednak nie zawsze jest tak różowo. Przebywając wiele tygodni w szpitalu tworzymy swoją małą społeczność, gdzie nie wszyscy są tacy mili i wyrozumiali. Niestety czasami zdarzają się osoby które zamiast pomóc jeszcze Cię  "dobijają".
Moja rada - omijaj takie osoby szerokim łukiem. Najważniejsze jest Twoje dziecko i Twoje dobre samopoczucie psychiczne. Kiedy Ty jesteś silny i pełen gotowości do walki z wrogiem Twojemu dziecku też jest łatwiej.

Trzymamy się tylko z osobami które dobrze nam życzą, wymieniamy się radami jak przetrwać, jak sobie radzić w szpitalnej dżungli. Jak się śmiejemy to razem, jak płaczemy to również razem. Fajnie mieć świadomość że masz na kogo liczyć.

Życzę Wszystkim wielu przyjaciół...albo chociaż jednego, ale prawdziwego :)



niedziela, 21 września 2014

JESIEŃ

Nie wiem jak u Was, ale u mnie paskudna pogoda. Za oknem szaro, smętnie i pada deszcz. Nie lubię takiej pogody. Ale z drugiej strony taka aura sprzyja gotowaniu ( przynajmniej ja tak mam ). Nie ma nic lepszego niż domowej roboty babeczki. 
Dziś zdradzę Wam przepis na potrójnie czekoladowe mufinki z odrobiną chili. Oczywiście babeczki poza cudownym smakiem są bardzo zdrowe dzięki gorzkiej czekoladzie i szczypcie ostropestu plamistego.
Ostropest plamisty ( pstrok, dziki karczoch lub po prostu oset NMP ). Jest jednym z najlepszych środków stosowanych w celu odtrucia organizmu oraz zaburzeń pracy wątroby. Co ciekawe substancje wchodzące w skład ziółka blokują enzymy odpowiedzialne za rozwój komórek rakowych.
Gorzka czekolada ponoć również wpływa na lepsze funkcjonowanie wątroby. I tego się trzymajmy :)


ziarenka ostropestu plamistego

CZEKOLADOWE MUFINKI:
- 100 dkg czekolady gorzkiej z zawartością min. 70 % kakao
- 50 dkg masła dobrej jakości nie solonego
- jajko najlepiej ekologiczne
- 1/2 szklanki brązowego cukru
- 100 ml mleka 2%
- 100 ml jogurtu naturalnego
- 1 i 1/2 szklanki mąki. Ja mieszam mąkę pełnoziarnistą z pszenną i kukurydzianą
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 3 łyżeczki dobrej jakości kakao
- kawałek świeżego chili ( to już zależy od naszych upodobań )
- 2 łyżeczki zmielonego ostropestu 

Z tej ilości składników wychodzi 12 babeczek.

Czekoladę stopić z masłem w kąpieli wodnej. Jajko utrzeć z cukrem. Do masy jajecznej dodać mleko i jogurt, dobrze wymieszać. Mąkę przesiać z proszkiem i kakao. Małymi porcjami wsypywać do ucieranej masy. Nie mieszać zbyt dokładnie, muszą być grudki inaczej babeczki mogą opaść. Dodać ostropest, następnie ostudzone masło z czekoladą. Chili dokładam wraz z pestkami ( lubimy ostre :) ) tylko do części masy, dla dorosłych.
Dodatkowo do każdej babeczki włożyć odrobinę gorzkiej czekolady.

Piec 30 min w 190 st.C



Gdy mufinki wystygną dobrze je posypać cukrem pudrem. Niestety nie zdążyłam gdyż wypieki znikają w mgnieniu oka. Koniecznie spróbujcie z chili. Mocno czekoladowe ciastko z ostrą nutą...PYCHA.



ŻYCZĘ SMACZNEGO :)

sobota, 20 września 2014

WEEKEND - DOBRZE CZY ŻLE ?

W końcu weekend. Hm...dla jednych to dobrze, dla innych nie koniecznie.Z reguły wszyscy czekają na sobotę. Można się spotkać z przyjaciółmi, jechać na wycieczkę lub po prostu poleniuchować w rodzinnym gronie.
Niestety nie dla wszystkich. Weekend w szpitalu to koszmar - przynajmniej dla mnie tak było. Wszyscy, którzy mogli szli na przepustkę tylko My zostawałyśmy ( no dobra...nie tylko my) na oddziale. I wtedy dopadała nas nuda. Nie wiem czy się ze mną zgadzacie, ale szpitalna nuda jest straszna. Nie tylko dla dzieci, ale również a może przede wszystkim dla rodziców.
I co wtedy...no własnie, trzeba sobie jakoś radzić.
Wbrew pozorom w szpitalu można robić wiele rzeczy. Jeśli dzieci maja dobre wyniki i są w dobrej formie można wyjść na spacer (już o tym pisałam). Ale co robić gdy dziecko jest przykute do kroplówki. I na to znajdzie się rada. Tak naprawdę ogranicza Was jedynie wyobraznia.

Podrzucę Wam kilka pomysłów - sprawdzonych w praktyce. Możecie np. ozdabiać wszystkie sale na oddziale, łącznie z gabinetem zabiegowym. W zabawie mogą brać udział zarówno młodsze dzieci, jak i przedszkolaki a nawet nastolatki. Wystarczy nam kilka rzeczy plastycznych ( blok, kredki, farby,mazaki,taśma klejąca,nożyczki). Oczywiście wszystko zależy od Waszej pomysłowości. Dzieci malują obrazki, piszą swoje imiona itp. rodzice pomagają wycinać.
Zabawy co nie miara a przy okazji czas jakoś leci.

Agatka ze swoja przyjaciółką Gabrysią również miały różne pomysły.

Pewnego razu bawiły się w egipskie księżniczki. Było dużo śmiechu :) Wybrałyśmy się nawet na gorącą czekoladę piętro niżej. Czegóż się nie robi dla księżniczek.

Cóż, nikt nie chce być w szpitalu. Ale skoro już tu jesteśmy róbmy wszystko aby czas miło płynął :)

piątek, 19 września 2014

SŁOŃCE-NIECH ŚWIECI BEZ KOŃCA !

Dziś piątek, mój ulubiony dzień tygodnia. Perspektywa zbliżającego weekendu nastraja mnie optymistycznie. Do tego za oknem świeci słońce. Jest piękna złota jesień.
Jeśli akurat jesteście w szpitalu a wyniki Waszego dziecka są dobre wyjdżcie na spacer. Chwila na świeżym powietrzu przyda się każdemu kto wiele dni lub tygodni spędza w szpitalnej sali. Wiem co mówię.
Będąc z Agatką w szpitalu nieczęsto miałam okazję wychodzić na spacer. Albo pogoda była paskudna, albo Agatka miałą kiepskie wyniki. Ale jeśli już się zdarzyło było naprawdę fajnie. Na zdjęciu poniżej Agatka w ostatnim etapie leczenia szpitalnego. Był pażdziernik 2013 r. morfologia była na tyle dobra że mogłyśmy na chwilę wyjść. Było fajnie. Zbierałyśmy liście, kasztany i żołędzie z których póżniej robiłyśmy ludziki i inne cuda :) Pamiętajcie - wykorzystujemy dobrą pogodę i dobre wyniki:) To dobrze Wam zrobi :)

środa, 17 września 2014

NOWOTWÓR NIE NIE NIE !!!

Jeszcze tego samego dnia powtórzyliśmy badania. Niestety wyniki były jeszcze gorsze. Parametry krwi spadały na łeb na szyję. Lekarz badający Agatkę już wiedział co to jest. Nie powiedział wprost ale już wiedział. Powiedział tylko, że trzeba wykonać dodatkowe badania. W specjalistycznym szpitalu. Dał nam wybór gdzie chcemy jechać - Zabrze, czy Katowice. I tak trafiliśmy na długich 7 miesięcy do Szpitala Klinicznego nr.1 w Zabrzu.
Jednak nawet wtedy mieliśmy jeszcze nadzieje, że to jakaś pomyłka. Może to jakiś wirus... przecież usg narządów wewnętrznych wyszło prawidłowo. I tak żyliśmy cały weekend nadzieją, aż do poniedziałku kiedy wykonano mielogram szpiku i wszystko było jasne. Diagnoza bezlitosna, odebrała ostatnie strzępki nadziei. OSTRA BIAŁACZKA LIMFOBLASTYCZNA.
Pierwsza myśl - matko, przecież to nowotwór, rak, nieuleczalna choroba, śmiertelna... dlaczego Agatka, za co. Co takiego zrobiliśmy że spotyka nas taka kara. Kara- tak wtedy myśleliśmy.
Po pierwszym szoku trzeba się wziąć w garść i walczyć. Profesor powiedział że TO się leczy. Kurczowo trzymaliśmy się tej myśli.
Oczywiście, jak mi się wtedy wydawało kopalnią wiedzy był internet. Przeczytałam wszystko co się dało o białaczce. Poznałam wszystkie rodzaje tego nowotworu. Metody leczenia, stosowane leki,rodzaje chemii...
Niestety przeczytałam również rzeczy których nie powinnam. Wiele dołujących , dramatycznych historii, niestety nie zawsze z happy endem. Chciałabym przestrzec Was przed bezmyślnym czytaniem wszystkiego co wam "wpadnie w oko". Jeśli macie jakieś pytania zawsze pytajcie waszego lekarza. On na pewno Wam odpowie. Ja nigdy nie zostałam bez odpowiedzi, nawet jeśli zadawałam "dziwne" pytania. Pamiętajcie, macie i tak dużo problemów na głowie żeby jeszcze sobie dokładać zmartwień.

POCZĄTEK NOWEGO ŻYCIA

Witam serdecznie na moim blogu.
Od dłuższego czasu nosiłam się z zamiarem założenia bloga. Początkowo chciałam aby był skierowany do rodziców ciężko chorych dzieci, którzy potrzebują wsparcia i kilku dobrych słów. Nadal podtrzymuje moje założenia, jednak bloga może czytać każdy kto kocha życie, dobre jedzenie ( będą smaczne i zdrowe przepisy) i czasami potrzebuje dobrego słowa  :-)
Na początku chciałabym napisać kilka słów o sobie, abyście mogli mnie trochę poznać.
Mam na imię Kasia, mieszkam w Częstochowie z moją rodziną. Mężem Arturem, córkami Pauliną-9 i Agatą-6.
Na pierwszy rzut oka jesteśmy "normalną rodziną" jakich tysiące w moim mieście. Przez wiele lat faktycznie tak było, mieliśmy problemy jak wszyscy - coś tam w pracy się nie układało, z kimś się pokłóciliśmy, czegoś nie zrobiliśmy - ot życie. I tak było do pewnego marcowego dnia roku 2013. Dokładnie 8 marca - Dzień Kobiet. Zamiast kwiatów, czekoladek czy innego drobiazgu dostałam cios w serce. Dosłownie.
Tego dnia miałam odebrać z przychodni badania Agatki, podstawową morfologię. Raz do roku badamy się profilaktycznie. No może " badamy się " to za dużo powiedziane, raczej badam dzieci. No cóż, każdy rodzić przyzna mi rację że mając dzieci trochę o sobie zapominamy. Nieważne wróćmy do tematu.
Tak więc robiłam morfologię bo dawno nie było, poza tym Agatka była jakaś taka blada, miała gorszy apetyt i była ciągle zmęczona. No ale to jeszcze nie choroba, to tylko przesilenie wiosenne (tak wtedy myślałam). Każdy z nas po zimie jest blady i trochę zmęczony- prawda?
Odbierając wyniki nie spodziewałam się niczego złego. W zasadzie mając już wyniki w ręce też jakoś specjalnie się nie przejęłam. W przedszkolu panowała ospa więc byłam pewna że niestety nas też dopadnie, dlatego wyniki nie są w normie.
Z wydrukiem w ręku na wszelki wypadek postanowiłam wyniki pokazać pediatrze Agatki. I wtedy przeżyłam szok, dosłownie SZOK. Lekarka nie powiedziała TEGO słowa, ale kazała natychmiast powtórzyć badania ponieważ tak wysokie leukocyty wskazują na bardzo poważną chorobę.
Niestety miała rację...